Actions

Work Header

Kwiat pustyni

Summary:

Współczesna dziewczyna, dziecko epoki sarkazmu, cynizmu i memów, przypadkowo przenosi się do średniowiecza, w sam środek wojen religijnych. Anżelika jednak nie przywykła do zniechęcenia, a do tego teraz, gdzieś bardzo blisko niej, przebywa szlachetny Sułtan Salahaddin, który intryguje ją od czasów szkolnych...

Notes:

Poświęcone Salahaddinowi za inspirację i Dżanecie za jej nieocenioną pomoc.

Chapter 1: Nie bój się swoich pragnień (będzie fajnie)

Chapter Text

"Co za pogoda!" - wysoka, atrakcyjna blondynka zatrzasnęła drzwi mieszkania i położyła mokry parasol w kącie korytarza. Zadrżała - czarny T-shirt i cienkie dżinsy, które opinały jej szczupłą sylwetkę, były za lekkie na panujący na zewnątrz, zdecydowanie nieletni chłód. Miasto zasypał drobny, szary deszcz, podmuchy wiatru wywiały wszystko z koszy na śmieci i rozrzuciły po chodnikach, a wszystko wydawało się dalekie od lata. A jednak to właśnie było lato.

Anżelika - tak miała na imię dziewczyna - potrząsnęła długimi, sięgającymi do pasa, naturalnymi, platynowymi włosami i, wciąż w trampkach, poszła do kuchni. Nie było sensu ich zdejmować - po wczorajszej celebracji jej trzydziestyh urodzin mieszkanie i tak wymagało sprzątania.

Było późne popołudnie, a ostatni z biedaków dawno już opuścili dwupokojowe mieszkanie Anżeliki - jedni brali aspirynę, inni piwo. Dziś ci, którzy po wczorajszym dniu byli najbardziej odporni, planowali pójść na strzelnicę łuczną i trochę postrzelać, ale pogoda pokrzyżowała im plany.

Dziewczyna złożyła chleb, - wyszła z domu, żeby dostać się do chlebaka, - i usiadła na kanapie przy stole, wyjmując smartfon z kieszeni. Szybki przegląd sześciu prognoz pogody z różnych stron internetowych nie przyniósł pocieszenia - przewidywano, że wilgotny chłód utrzyma się przez cały tydzień, a może nawet półtora.

Anżelika zmarszczyła z niezadowoleniem chudy nos, odłożyła smartfon na stół i pogrążyła się w myślach. Wniosek był jeden: musiała pilnie naprawić ten letni bałagan i wyjechać na wakacje. Anżelika była niezależną tłumaczką rosyjsko-arabską, i to znakomitą, i mogła wziąć urlop, kiedy tylko zarobiła pieniądze i miała na to ochotę. Ochotę miała, pieniądze też.

"Dokąd mam iść?" - Anżelika rozmyślała z przyjemnością, oglądając pierścionek, który kupiła w zeszłym roku na tunezyjskim bazarze. Był srebrny, ale kamień miał zupełnie nieznane pochodzenie. Spodobał jej się jednak - miał delikatny, jasnozielony kolor, idealnie pasujący do jej oczu. Sprzedawca zapewnił ją, że przyniesie jej szczęście. Życzliwi syryjscy przyjaciele wytargowali go dla niej z dużym rabatem, ponieważ nigdy nie opanowała sztuki targowania się. "Może powinnam pojechać do Dubaju… Albo gdzieś w takim rodzaju… do Arabów". Zamyślona obróciła pierścionek na palcu, a potem poczuła, jak kanapa umyka jej spod nóg.

"Hej, nie wypiłam aż tyle wczoraj wieczorem" - zdołała pomyśleć Anżelika, zanim zgasły światła, a świat zakołysał się wokół niej. Przerażona, nie pisnęła nawet, tylko zamachała rękami, próbując odzyskać równowagę, i wylądowała miękko na jakiejś w ogóle nie miękkiej powierzchni. Otworzyła oczy - okazało się, że były zamknięte - i zamrugała zdezorientowana. A potem zamrugała znowu.

Siedziała na podłodze z surowego kamienia - tak, kamienia. Ściany były takie same jak podłoga, a w słabym świetle padającym z boku, w kątach można było dostrzec coś przypominającego prycze. Gruba żelazna krata otaczała tę niewygodną przestrzeń o wymiarach około trzech na trzy metry.

"Wygląda na to, że jestem w więzieniu…" - pomyślała Anżelika, podnosząc się i bardzo cicho - na wszelki wypadek - podchodząc do krat. "A jakby tego było mało, nawet gdybym zemdlała, obudziła się i zrobiła coś niegrzecznego - to nie wygląda mi na rosyjski areszt śledczy".

Za kratami, w pustym korytarzu, migotało źródło światła - latarka przykręcona do ściany. Anżelika cicho pchnęła drzwi - były zamknięte.

"Więc dlaczego tu zamknęliście, idioci, skoro nikogo tu nie powinno być?" - pomyślała ze złością, siadając na najbliższej pryczy. Uszczypnęła się w ramię - uszczypnięcie było namacalne. "No cóż, przynajmniej majaczenie tremens do mnie nie przyszło" - pocieszyła się, kurczowo trzymając się swojego zwykłego sarkazmu. "Ale o co właściwie chodzi - o tę całą podróż w czasie? Jak?!". Anżelika przypomniała sobie ostatnie chwile w domu i pierścień. Złapała się za ramię - zniknął. Po dokładnym zbadaniu całej celi dziewczyna potwierdziła, że ​​pierścienia nigdzie nie ma. Pozostał w jej znanej, przytulnej kuchni, a może zaginął gdzieś w czasie i przestrzeni.

Dziewczynka skrzyżowała palce i cicho wyszeptała: "Chcę wrócić do domu" - bez efektu.

Ale Anżelika nie byłaby sobą, gdyby tak łatwo się poddała. Sięgnęła do włosów i wyciągnęła spinkę. Od kuzyna z wioski zdobyła nieocenione umiejętności otwierania zamka szopy, w której ich wujek trzymał swój stary motocykl.

Po zgięciu spinki i włożeniu jej do zamka - wyglądał dość prymitywnie i nie powinien był stanowić problemu - dziewczyna delikatnie przekręciła wytrych. Zamek zaczął się otwierać, ale niestety wydał dość głośny zgrzyt. Anżelika zamarła - a potem natychmiast odskoczyła od krat: z boku dobiegł męski głos.

"Słyszałyście to? Co to było?" - warknął ktoś szorstko po arabsku tuż obok niej. Anżelika skuliła się za pryczą w cieniu, a serce waliło jej w gardle.

"Może te kurwy wróciły" - syknął gniewnie ktoś inny.

"Kurwy są pijane i śpią, Mustafa" - powiedział zmęczony trzeci głos. "Nie zobaczymy ich aż do rana. Musiałeś sobie to wyobrazić".

Anżelika odetchnęła z ulgą. Ale gdzieś z tyłu głowy krążyła jej myśl, nie dawała jej spokoju. Anżelika się skoncentrowała i nagle ją olśniło.

Znała tę wersję języka. To był starożytny arabski - średniowieczny.