Chapter Text
Theo, lub jak uparcie nazywała go jego własna matka Theodore, szedł spokojnym krokiem do domu, walcząc co chwila z wyślizgującymi się z jego ramion torbami, wypełnionymi zakupami tak bardzo, że przysłaniały mu widok. Na ulicy zrobiło się już ciemno, ale odkąd wyprowadził się z rodzinnego domu i postanowił żyć na własną rękę, praca pochłaniała go tak bardzo, że jego własny szef musiał wyganiać go po godzinach do domu. Mimo, że jego rodzina należała do klasy średniej omeg i nigdy nie musiał narzekać na brak czegokolwiek, dzielnica w której wynajmował mieszkanie nie należała do najlepszych. Do tego Chicago nie słynęło z bycia szczególnie bezpiecznym miastem, co doprowadzało jego matkę do notorycznych migren ze zmartwienia o jedynego syna. Gdyby tylko poprosił, jego ojciec wypisałby mu czek i znacznie poprawił jego warunki, ale pójście na łatwiznę nigdy nie leżało w jego naturze. Miał dwadzieścia lat i był dumny z tego, że jest niezależny w tak młodym wieku. Spełniał właśnie swój precyzyjnie ułożony i wyliczony plan, w którym w wieku trzydziestu lat będzie już szefem własnej firmy reklamowej. Wszedł do mieszkania i zamknął ze sobą drzwi, kiedy nagle potknął się o coś na środku przedpokoju, wydając z siebie coś na podobieństwo krzyko-pisknięcia, wypuszczając przy okazji z objęć torby i rozsypując całe zakupy.
- Nieee... - zaczął marnie, ale zaraz zorientował się co było powodem jego spektakularnego upadku. W jego własnym przedpokoju leżał nieprzytomny mężczyzna. - Yyy... proszę pana... - zaczął cicho, nie doczekując się żadnej reakcji. Kiedy tylko wyciągnął rękę i dotknął ramienia mężczyzny, jego ciało przeszedł dreszcz. Momentalnie wyczuł, że ma do czynienia z Alfą. Spiął się, widząc, że ubranie jego gościa jest całe pokryte krwią, brudzącą podłogę. Mężczyzna złapał jego nadgarstek z ogromną siłą, spojrzał w jego stalowoszare oczy i jedyne co zdołał wysapać to "żadnych glin". Theo nawet przez myśl nie przeszło, żeby wezwać policję lub karetkę do bądź co bądź włamywacza. Nie wyglądał na kogoś, kto będzie w stanie go skrzywdzić, nawet jeżeli przybysz był alfą. Jego instynkt nakazywał mu chronić. Poderwał się na nogi i popędził do łazienki po apteczkę, po drodze zapalając wszędzie światła. Rozłożył wszystko co było mu potrzebne na stoliku w salonie i wrócił do leżącego przy drzwiach mężczyzny. Chwycił go za ramiona i delikatnie podniósł. Nie było to najłatwiejsze zadanie, bo nieznajomy był od niego wyższy, większy i co za tym idzie o wiele cięższy. Nawet przez materiał kurtki był w stanie wyczuć wielkość i twardość jego mięśni. Delikatnie ułożył go na kanapie i dopiero teraz po raz pierwszy mu się przyjrzał. Blond włosy, pozlepiane krwią, opadały mu na oczy. Theo odgarnął je i ujrzał najbardziej niebieskie tęczówki jakie w życiu widział. Kilkudniowy zarost na wyraźnie zarysowanej szczęce, rozcięta warga i opuchnięty, czerwony policzek. Mimo wszystko musiał przyznać, że mężczyzna jest przystojny. Potrząsnął głową i zabrał się do przemywania ran. Zajęło mu trochę czasu zanim zdołał go delikatnie rozebrać i obandażować połamane żebra. Na końcu jeszcze wcisnął mu do gardła kilka tabletek przeciwbólowych i zanim zdążył się zorientować, zasnął na podłodze, opierając głowę na kanapie.
Kiedy otworzył oczy następnego dnia, zajęło mu chwilę zorientowanie się w sytuacji. Nie mógł sobie przypomnieć, dlaczego śpi na podłodze w salonie, dopiero widok zakrwawionych szmatek i wacików przywołał wspomnienia ubiegłej nocy. Coś jednak było inaczej. Jego kanapa była pusta, a po nocnym gościu nie zostały żadne inne ślady. Rozejrzał się jeszcze zdezorientowany i dla pewności obszedł cały dom. Pozamykał wszystkie okna i drzwi, pozbierał rozsypane dzień wcześniej zakupy i opadł bez sił na kanapę. Dopiero teraz dotarło do niego w jak niebezpiecznej sytuacji się wczoraj znalazł.
