Actions

Work Header

Uważaj czego sobie życzysz!

Summary:

Tony zamarł, całkowicie niezdolny do odsunięcia się, ani do dalszego szacowania obrażeń Lokiego. Czy jeszcze kilka godzin temu chciał wyzwania, z którym nie każdy człowiek zdołałby sobie poradzić? Powinien uważać, czego sobie życzy, bo ten konkretny prztyczek w nos od Wszechświata, mógł doprowadzić do katastrofy, całkowitego zniszczenia Nowego Jorku, a samego Starka na skraj obłędu.

Notes:

Na wstępie zaznaczam, że miniaturka powstała, bo mam kiepski humor, który próbuję przegnać dobrym jedzeniem i... Lokim.
Kilka osób jest zapewne świadomych mojej lekkiej obsesji na punkcie Lokiego. (Regulus też ma swoje zaszczytne miejsce w krainie niekończących się pomysłów na fanfiki)
Nie można tego uznać za pełnoprawny twór, bo i owszem ma początek, jakieś tam rozwinięcie, ale z pewnością nie koniec. Dodaję, bo... cóż. Może ktoś też potrzebuje spadającego z nieba Lokiego i pijanego Tony'ego Starka na pocieszenie XD
Pozdrawiam ciepło!
~Noemi

Work Text:

***

Tony był mocno wstawiony. Okay, tak naprawdę to urżnął się jak za starych, kiepskich czasów. Początkowo wypił tylko kilka kolejek z Clitnem, ale kiedy poczuł nieodpartą chęć podzielenia się z kimś niekończącą się listą problemów, zdecydował, że najwyższy czas ewakuować się do bezpiecznego miejsca. Niestety Jarvis z niezrozumiałych dla niego powodów odciął mu dostęp do warsztatu, więc z braku innego wyboru pozostał mu penthouse.
Pojęcia nie miał, jak to się stało, że zamiast pod kołderką, po prysznicu wylądował na kanapie z butelką szkockiej w dłoni. Kto przejmowałby się szklankami, skoro i tak w efekcie końcowym zawartość trafi do jego żołądka?

Od rozstania z Pepper ponad pół roku temu, powoli, acz systematycznie wracał do dawnych nawyków, takich jak maratony warsztatowe. Może nie spędzał tam tygodni, ale trzy, cztery dni bez kąpieli i porządnego posiłku, bo takim nie można nazwać paczki krakersów ani zupek błyskawicznych, przytrafiały mu się zdecydowanie zbyt często. Ponadto sięgał po butelkę po kłótniach i kiedy czuł, że ma dosyć wszystkiego i wszystkich, czyli średnio dwa razy w tygodniu.
A z ostatnich trzech imprez dla snobów nie wrócił sam.

To było jak powrót do punktu wyjścia, albo cofnięcie się w rozwoju. Nie podobało mu się to, ale nie umiał tego zatrzymać. Potrzebował czegoś, co zainteresuje go tak bardzo, że nie będzie potrzebował dodatkowych atrakcji. Skomplikowanego wyzwania, które pokonałoby przeciętnego człowieka.

*
Obudził się zdezorientowany, nieco skostniały i z okropnym bólem głowy. Jednak to nie było aż tak istotne, w porównaniu do huku i odgłosu tłuczonego szkła, który postawił go na nogi. Półświadomie przywołał rękawice i ignorując Jarvisa, pieprzącego coś o wezwaniu wsparcia, ruszył w stronę tarasu.
Wśród odłamków tego co kiedyś było szklanym stolikiem, leżała istota humanoidalna. Niebieska skóra, jakieś dziwaczne tatuaże i kły nieco większe niż ludzkie. Zawahał się, ale ostatecznie zrobił jeszcze kilka ostrożnych kroków w przód. Jego gość był ranny, jeśli za wskazówkę wziąć, kałuże posoki, zebraną wokół jego tułowia. Krew mutanta(?!) wydawała się nieco odmiana od tej zwykłego człowieka. Barwą przypominała ciemnoczerwone wytrawne wino z połyskującymi na niebiesko drobinami. Wciąż mierząc rękawicą do półprzytomnego, jęczącego gościa, przykląkł i podwiną jego koszulę. Rana na szczęście nie była głęboka, ale dosyć rozległa, bo biegła wzdłuż ostatniego żebra i kończyła się nieco powyżej biodra. Nie pomagał też to, że gość próbował się podnieść.

— Hej, hej! — Tony przytrzymał go za ramię — Leż, póki nie sprawdzę, czy na pewno nie zgubisz flaków na moim tarasie!
— Stark — wykrztusił facet, bo to definitywnie był męski głos i na nieszczęście Tony'ego dosyć znajomo brzmiący.
— Loki...
Tony zamarł, całkowicie niezdolny do odsunięcia się, ani do dalszego szacowania obrażeń Lokiego. Czy jeszcze kilka godzin temu chciał wyzwania, z którym nie każdy człowiek zdołałby sobie poradzić? Powinien uważać, czego sobie życzy, bo ten konkretny prztyczek w nos od Wszechświata, mógł doprowadzić do katastrofy, całkowitego zniszczenia Nowego Jorku, a samego Starka na skraj obłędu.
— Czy są jakiekolwiek szanse, że i tym razem mogę liczyć na drinka, zanim przejdziemy do tej części z walką?
— Co ty tu robisz? — wykrztusił, chwilowo ignorując pytanie boga. Loki usiadł, wbrew jego wcześniejszym zaleceniom, co sprawiło, że kałuża krwi znacznie się powiększyła — I co ja do cholery mówiłem o wstawaniu?
— Może nie jestem w swojej najlepszej formie, ale nadal jestem nieśmiertelny. Zagoję się, zanim słońce wzejdzie — zapewnił
— Hmmm — mruknął jedynie, bo nie widział specjalnego powodu do radości. Najprawdopodobniej szybkie zagojenie się ran Lokiego oznacza kolejny pojedynek między nimi, a Tony nie miał najmniejszej ochoty testować swojego słynnego szczęścia. Drugi raz mógł nie zdążyć, wezwać zbroi. — Czy mógłbyś ładować swoje magiczne akumulatorki gdzie indziej?
— To byłoby wskazane, ta podłoga nie jest najwygodniejsza...

Tony czekał dokładnie dziesięć sekund, na to aż Loki podniesie swoje cztery litery i wyniesie się z jego wieży. Ten jednak uparcie wciąż tkwił w miejscu.
— Na co czekasz? Na Hulka?
— Nie wymawiaj przy mnie imienia tej zielonej bestii. — wysyczał bóg, stając w końcu na nieco chwiejnych nogach — Czekam, aż wskażesz mi... jak wy to nazywacie na Midgardzie... pokój gościnny?
— Nie ma mowy — odparł Stark, wpatrując się w Lokiego z niedowierzaniem. — Nie zostaniesz w wieży! Barton zacząłby ciosać kołki z moich mebli! Natasza, by go w tym wspierała, podczaspodczas gdy Rogers próbowałby powstrzymać Bruce od wyprowadzki do Tybetu. Co swoją drogą miało już miejsce w tym tygodniu i skończyło się naprawdę widowiskową kłótnią... więc absolutnie nie zgadzam się na wpuszczenie cię go swojego domu! Po dwudziestu czterech godzinach z wieży zostałby tylko zgliszcza!
— A co się stanie jeśli Thor dowie się, że nie udzieliłeś mi schronienia? — zapytał Loki cichym i spokojnym głosem — W dodatku jestem teraz poważnie ranny, osłabiony i niezbyt dobrze znam tę planetę, więc ktoś mógłby chcieć to wykorzystać...

Tony oczami wyobraźni widział Thora wymachującego Mjolnirem w poczuciu słusznego gniewu, który podsycała gorąca obawa o życie i zdrowie młodszego brata. Stark od dawna był zdania, że rodzina oznaczała głównie kłopoty...
— Widzę, że zaczynamy się zgadzać, w kwestii nieinformowania Thora o mojej przypadkowej wizycie na Midgardzie...
— Nie schodzisz na piętro Avengers — zaznaczył Stark — Reszta mojej drużyny ma być nieświadoma twojej wizyty. Rozumiemy się?
— Psujesz całą zabawę — westchnął Loki — Chciałem odwiedzić pewnego, starego znajomego...
— Loki — wycedził przez zaciśnięte zęby
— Nie będę ich drażnił — powiedział w końcu — Przynajmniej nie dzisiaj
— To już coś — mruknął Tony — Chodź, znajdziemy coś, czym można zakleić tę ranę. Możesz być sobie nieśmiertelny, ale jak wiele krwi musi z ciebie wylecieć, zanim zemdlejesz? — zapytał, kiedy bóg zachwiał się na nogach. — Powiesz mi co albo kto cię tak urządził? Szczerze wątpię, że całą winę ponosi mój stolik do kawy...
— Dlaczego pytasz?
— Z ciekawości — odparł, wręczając Lokiemu szklankę z Whisky.
— Nikt cię nie powiedział, że bywa niebezpieczna?
— Pewnie ktoś coś wspominał, ale mam brzydki zwyczaj robienia ludziom na przekór, więc... — urwał, większość uwagi poświęcając poharatanej skórze na klatce piersiowej i żebrach. Wyglądało, jakby coś naprawdę wielkiego zatopiło pazury w ciele Lokiego.
— To jesteśmy podobni również w tej kwestii — zauważył Loki — Bo to — wskazał na swoje obrażenia — wszystko przez ciekawość tego jak wygląda Muspellheim... a okazało się, że tamtejszy klimat jak i jego mieszkańcy nie są przyjaźni Jotunom...