Actions

Work Header

W onsenie samurajów przypadki

Summary:

Opowiadanie napisane na poprawę humoru po zaskakująco depresyjnym sezonie numer 2.

W skrócie: ku podniesieniu morale i okazji do uciech wszelakich, państwo samurajowie podstępem zostają zwabieni do pięknej rezydencji z gorącymi źródłami, celem negocjacji i polepszenia stosunków. Date Masamune ma swoje własne plany odnośnie tej wizyty, Sasuke nie podsłuchuje do końca, Kojuurou chce tylko oddać się marzeniom o ogrodnictwie, a Yukimura cieszy światem wokół siebie.

Notes:

Siłą rzeczy spoilery do drugiego sezonu SB.

Work Text:

Bywały takie dni, kiedy Sarutobi Sasuke dziękował losowi, przodkom, duchom i bogom, że wybrali dla niego ścieżkę shinobi zamiast samuraja. Nie chodziło nawet o to, że preferował eleganckie skrytobójstwo nad wyrzynanie się na polu walki. Tym bardziej, że Takeda Shingen nie miał dla Sasuke wielu śmiercionośnych zleceń, będąc zdecydowanie mężczyzną spod znaku topora i masakrowania oddziałów wroga w pełnym słońcu. O nie, tu chodziło o wyższość szpiegostwa nad dyplomacją. A zwłaszcza dyplomacją w wykonaniu władców i generałów z Kraju Wschodzącego Słońca. Jeśli rozmowy nie kończyły się jatką, co zdarzyło się nie raz i nie dwa, to zazwyczaj wszyscy obecni byli tak pijani, że Sasuke musiał wlec swoich panów z powrotem do obozu za kołnierz bądź inną część garderoby. O ile do obozu w ogóle trafiali i nie trzeba było nazajutrz sprzątać jakiegoś bałaganu. Raz na jakiś czas natomiast ktoś wychylał się z bardziej nowatorską propozycją i jeśli miał siłę przebicia, reszta towarzystwa z przerażeniem wyrażała zgodę, nie chcąc się wyłamać spośród teoretycznie zgodnego tłumu. Tak oczywiście stało się i teraz.

Pomysłodawcą był, a jakże, Maeda Keiji, o czym Sasuke doskonale wiedział, choć pozostawał jednym z nielicznych, którzy mieli tego świadomość. Młody Maeda potrafił okrągłymi słówkami, pochlebstwami i szczyptą znajomości układów między władcami doprowadzić do tego, że albo żyli teraz w rozpaczliwym przekonaniu, że to oni sami wyszli z tą propozycją na fali mocnej sake; lub też nie mogli jej odrzucić, bo to dałoby przeciwnikom politycznym okazję do wykorzystania ich słabości. Jak, tego Sasuke zupełnie nie potrafił zrozumieć i podejrzewał, że wielcy władcy także nie byli pewni. Wystarczyły kluczowe słowa jak „wróg”, „słabość” i „wykorzystanie”, by niemal każdy samuraj zaczynał się pocić i był gotowy na wszystko. Nawet na wspólną wizytę na gorących źródłach.

Po dramatycznym okresie walk z Toyotomim Hideyoshim wszyscy lizali rany, te na ciele i na duchu, sojusze zostały nadwątlone, przyjaźnie wystawione na wielkie próby, a morale większości klanów pełzało tuż przy ziemi. Kiedy Keiji zaczął swoją kampanię dotyczącą zgodnych negocjacji, przygnębienie zaczęło powoli ustępować dobrze wszystkim znanej rywalizacji, walkom ideałów i przyziemnym pragnieniom przyjemności. Pomysł był prosty i choć główny cel, czyli zaprzestanie walk, nie mógł raczej dojść do skutku, to sama idea pozostawała zachęcająca. Panowie i władcy wraz z najbardziej zaufanymi ludźmi mieli spotkać się w posiadłości na terenie niewielkiej górskiej wioski i tam podjąć rozmowy, plany i próby zaprowadzenia pokoju w Kraju Wschodzącego Słońca. A że w miejscu do tego przeznaczonym znajdowały się gorące źródła, zapierające dech w piersiach widoki oraz, jak głosiła plotka, wyborne jedzenie i mocna sake – to w niczym nie mogło nikomu przeszkodzić. Nad drewnianą rezydencją zbierały się ciężkie od mogącego spaść w każdej chwili śniegu chmury, wszystko prezentowało się nad wyraz malowniczo.

I tak oto władcy najbardziej liczących się w okolicach klanów zjechali do górskiej wioski jak na ścięcie, rzucając nerwowe spojrzenia na boki, ani na chwilę nie rezygnując z postawy głoszącej, że oto pokazali się tu jedynie po to, by zrobić pozostałym łaskę. Oczywiście, od tej reguły były wyjątki, które naprawdę cieszyły się na spotkanie, jak sam Keiji oraz Motochika-dono. Niektórzy zupełnie się nie przejmowali, jak osobisty władca Sasuke, Takeda Shingen i jego odwieczny rywal, Bóg Wojny z Echigo, Uesugi Kenshin. Ci dwaj zapewne zamierzali cieszyć się swoim towarzystwem w miejscu dla odmiany mniej pełnym krwi i kurzu bitewnego. Wyjątkiem był także jego osobisty danna, Młody Tygrys z Kai, który prawdopodobnie z entuzjazmem zszedłby do krainy Yomi, gdyby istniała szansa, że spotka tam Date Masamune.

Dobrze było stać z boku i obserwować z cienia to barwne towarzystwo, które w większości przybyło już na miejsce i rozgaszczało się w przygotowanych dla siebie pokojach. Wielka sala obrad była już przygotowana i tam mieli się niebawem przenieść samurajowie, by prowadzić swoje rozmowy. Istniała szansa, że ktoś wystąpi z interesującym postulatem, ale raczej trzeba było się przygotować na kilka godzin przepychanek spod znaku „To on zaczął!”, „Przestanę atakować, jeśli on przestanie pierwszy!”, „A w ogóle to jesteś głupi!”

Sasuke miał też nadzieję, że Kenshin-dono nie przybył sam i wkrótce ninja Takedy wpadnie na pewną śliczną shinobi, która tak jak on zamierzała skorzystać z sytuacji i zażyć odrobiny przyjemności. Inni szpiedzy też pewnie czaili się po kątach, ale ich Sasuke nie miał potrzeby oglądać i z pewnością nie planował dać im się nawet zobaczyć. Teraz przesuwał się po gałęziach drzew otaczających onsen i rezydencję, ażeby przyjrzeć się, co robią samuraje i donieść Oyakata-sama, gdyby zanosiło się na coś niepokojącego. A jeśli po drodze wpadną mu w ręce jakieś smakowite plotki, którymi będzie mógł zaskoczyć Kasugę, tym lepiej. Warto było się postarać.

Kiedy dotarł do pokoju zamieszkiwanego przez Masamune-dono, wytężył zmysły jeszcze bardziej. Z przyczyn oczywistych ten klan leżał mu na sercu ciut mocniej, niż pozostałe. Date przybył z nieodłącznym Katakurą, Sasuke miał jednak nadzieję, że w trakcie trwania „negocjacji” Kojūrō-dono na trochę się od swojego pana odłączy, bo inaczej Sasuke będzie musiał w drodze powrotnej uporać się z zawiedzionym i przygnębionym Yukimurą. Ci dwaj zawsze jednak znaleźli czas, żeby…

- I właśnie dlatego powiem mu, że to koniec, że dalej tak być nie może – dobiegł Sasuke suchy głos Date Masamune.

- Masamune-sama… - Kojūrō przemówił swoim opanowanym, głębokim tonem i Sasuke przypadł do ziemi, podpełzając jak najbliżej. – Jesteś pewien, że to konieczne? Yukimura-dono może…

- Nie, Kojūrō. Ja już tak nie chcę. Nie mogę – stwierdził ostro Jednooki Smok.

O nie. O nie, nie, nie, tylko nie to.

Sasuke błyskawicznie wrócił między drzewa, próbując zebrać myśli. I oczywiście wpadł na Kasugę.

- A ty jak zwykle nie patrzysz, gdzie idziesz – mruknęła, podnosząc wysoko podbródek. Po chwili jednak przyjrzała mu się baczniej. – Zobaczyłeś ducha? Według mojego wywiadu to nie jest przeklęty onsen…

- Date Masamune chce zakończyć… to, co jest między nim a Yukimurą – powiedział prosto z mostu Sasuke, ciągnąc się w przypływie frustracji za włosy. – Czy ty wiesz, co to znaczy?

- Och nie, biedny Yukimura-dono – zmartwiła się Kasuga i wyglądało, że naprawdę jest jej przykro. – Taka ładna z nich była para. Lubiłam patrzeć…

- Ładna nie ładna, ładnie to całe Kai będzie wyglądało, kiedy Smok złamie Tygrysowi serce – wymamrotał Sasuke. – A kiedy zrobi to tu, teraz… Kiedy Yukimura jest taki radosny, nic nie przeczuwa… Cały onsen zapłonie, a potem Oyakata-sama będzie musiał posprzątać po swoim Tygrysiątku, a jak on się za to weźmie, to nie zostanie tu kamień na kamieniu…

- No tak, a jeśli Tygrys z Kai nie machnie na to ręką jako na kolejne starcie tych dwóch, to i Kenshin-sama będzie musiał zająć jakieś stanowisko… - Kasuga przygryzła kciuk. – Zrobi się z tego skandal polityczny!

- Ale co ja mam zrobić? – Sasuke spojrzał na nią z rozpaczą. Może powinien iść prosto do Shingena, ale… Nigdy nie potrafił rozgryźć, co jego pan uważał na temat tego… związku Yukimury, w pierwszej kolejności. I obawiał się, co Shingen mógłby powiedzieć. A jeszcze bardziej, co mógłby zrobić, pomimo tych wszystkich rozmów o dorastaniu w przyspieszonym tempie. Sasuke był pewny, że Tygrys z Kai miał inne spojrzenie na dowodzenie armią, a inne na niepotrzebne ranienie uczuć jego protegowanego.

- Co się potem stanie, to już nie nasze zmartwienie. No, nie moje – powiedziała Kasuga, zdaniem Sasuke niepotrzebnie bezlitośnie. – Ale tu, podczas tego spotkania, nic nie ma prawa się wydarzyć. Jedyne, co możemy zrobić, to zadbać, żeby ta dwójka nie została sama tej nocy nawet na chwilę. Jutro i tak wszyscy się rozjadą, a co wtedy zrobi Smok z Tygrysem… - Wzruszyła ramionami.

Sasuke spojrzał na nią niechętnie. Doprawdy, mogłaby choć trochę przejąć się czystym sercem Sanady Yukimury, które niebawem miało rozpaść się na tysiąc małych, ostrych kawałków. Rykoszetem raniąc samego Sasuke, stojącego jak zawsze tuż obok. Nie chciał tego oglądać. Właściwie mógłby utopić niepostrzeżenie Date Masamune w jednym z gorących źródełek i sfingować wypadek. Wtedy jednak Yukimura też miałby złamane serce, więc byłaby to marna pociecha.

- Czy w razie czego będę mógł liczyć na twoją pomoc? – zapytał Kasugę. Nawet jeśli kierowały nią niewłaściwe pobudki, lepsza taka sojuszniczka niż żadna. I przynajmniej dawało im to okazję do większej ilości rozmów.

- Dla spokoju Kenshina-sama wszystko – odparła, ale kącik ust drgnął jej całkiem przyjaźnie.

*

- I właśnie dlatego powiem mu, że to koniec, że dalej tak być nie może – powiedział Masamune-sama, chodząc po pokoju z zaciętym wyrazem twarzy. Kojūrō zdążył już porozkładać ich rzeczy i przebrali się po długiej drodze, ale o ile podczas jazdy jego pan trzymał swoje uczucia na wodzy, teraz rozgadał się, jakby udzieliło mu się od kogoś o bardzo płomiennej duszy.

- Masamune-sama – westchnął Kojūrō. – Jesteś pewien, że to konieczne? Yukimura-dono może…

- Nie, Kojūrō. Ja już tak nie chcę. Nie mogę. – Do zaciętego spojrzenia doszły wykręcane dłonie, coś, co nie zdarzało się prawie nigdy i było ostatecznym świadectwem frustracji Jednookiego Smoka. Kojūrō nic nie odpowiedział, znając swojego pana i wiedząc, że cisza sprowokuje go do dalszych wynurzeń. – To nie może tak być, że musi wybuchać wojna, żebyśmy się mogli spotkać. Cały czas ja jestem na północy, on na południu…

- Nie cały… - mruknął Kojūrō.

- Nawet nie wiem, czy on żyje.

- Z tego, co widziałem, jego pokój jest na drugim końcu korytarza…

- Ale nie teraz! Tak ogólnie! Jak wyrusza na wojnę!

- Na to nic nie można poradzić – uznał filozoficznie Kojūrō, wciąż siedząc spokojnie. Nie lubił patrzeć, jak Masamune-sama się męczy, tym razem jednak Jednooki Smok musiał sam uświadomić sobie pewne rzeczy i nawet jego najwierniejszy przyboczny nie mógł mu pomagać.

- Tak, ale właśnie dlatego powinienem… Myślę, że Yukimura chciałby, ażebym… zadeklarował swoje uczucia! – wyszeptał dramatycznie Masamune-sama. – Nie może myśleć, że my tak tylko walczymy… A potem spędzamy razem czas… Musi wiedzieć, że to jest na poważnie, że to coś znaczy. Nie może być dalej tak, jak jest teraz!

- Jesteś pewien, Masamune-sama, że Yukimurze-dono to przeszkadza? – Kojūrō spytał z lekkim powątpiewaniem w głosie. – Myślę, że cokolwiek zechcesz mu dać, on weźmie to jak najcenniejszy skarb. Pamiętasz jego urodziny?

- Nie wiedziałem, że on miał wtedy urodziny! – Masamune prawie zawył. – Nigdy nie dałbym mu dwóch porów na urodziny!

- A jednak Yukimura-dono był przeszczęśliwy – stwierdził z satysfakcją Kojūrō. – Niektórzy potrafią docenić dorodnego pora.

- Był po prostu głodny!

- Mam na myśli, Masamune-sama – stwierdził spokojnie jego przyboczny. – Że Yukimura-dono wydaje się być bardzo zadowolony już teraz i nie wątpię, że jest ci bardzo oddany…

- Skąd wiesz, czy teraz nie daje się głaskać komuś innemu?

- Tak, to brzmi zupełnie jak Yukimura-dono – powiedział beznamiętnie Kojūrō i Masamune skrzywił się, sam słysząc swoje słowa. Kojūrō czekał. Date „Who cares” Masamune sam musiał to zrozumieć.

- Ale czy nie każdy chce wiedzieć, na czym stoi? – wymamrotał, siadając na macie naprzeciwko Kojūrō. – Ty byś nie chciał?

Prawe Oko Smoka zostawiło to drugie pytanie bez odpowiedzi.

- Myślę, że Yukimura-dono radzi sobie bez deklaracji – powiedział zamiast tego. – Dlaczego nie mógłbyś po prostu cieszyć się tymi… negocjacjami? I tym, co masz z Sanadą Yukimurą?

- No dobrze! – Masamune wyrzucił ręce w górę. – To ja chcę wiedzieć, czy to… Czy on…

Kojūrō uśmiechnął się leciutko. Nie było wątpliwości, że Młody Tygrys patrzył w Jednookiego Smoka jak w księżyc, ale rozumiał też, dlaczego Date Masamune, nie raz porzucony, odepchnięty, potrzebował zapewnienia, że to, do czego tak rwało się jego serce, było równie poważne z drugiej strony. Był dumny ze swojego pana, który przyznawał się, że na czymś mu zależy. Na kimś. I to tak bardzo.

- Dziwi mnie jedynie – powiedział Kojūrō, dając Masamune czas na pozbieranie swojej godności i dumy. – Że potrzebujesz więcej zapewnień, Masamune-sama. Yukimura-dono właściwie nie kryje się z wyznawaniem swoich płomiennych uczuć względem ciebie…

- A także względem ciebie, twojego pola rzepy, młodych listków na drzewach, letnich nocy i księżyca – nachmurzył się Masamune. – Jego dusza płonie kiedy walczymy i kiedy, no, sam wiesz, ale także kiedy przyjmuje nauki od Shingena, kiedy gania się z tym swoim ninją po lesie i kiedy ktoś stawia przed nim obiad.

Kojūrō mruknął coś niezobowiązująco. Jeśli o niego chodziło, dusza płonąca na widok smacznych, zdrowych i własnoręcznie wyhodowanych warzyw była znakomitą inwestycją dla uczuć i Masamune-sama powinien na tym się skupiać.

- Muszę tylko dowiedzieć się, że to tak na poważnie, że to tak ma być – stwierdził wreszcie Jednooki Smok. – Tutaj. Wystarczy chwila w samotności i wszystko będzie jasne. I jak nic z tego – Masamune wzruszył ramionami i błysnął zębami, choć naprawdę nie musiał silić się przed Kojūrō. – To będzie czas, żeby znaleźć sobie inne rozrywki na noc. Let’s party!

Jasne. Kojūrō już to widział.

*

- Patrz Sasuke, chyba wszyscy dotarli! – wyszeptał z ekscytacją Sanada Yukimura, tarmosząc shinobi za rękaw. – Jest nawet Mōri Motonari-dono, widzisz? Tam, na drugim końcu sali.

Ciężko było nie zauważyć jak zawsze poważnego, żeby nie powiedzieć naburmuszonego władcy, siedzącego w nienagannej pozie. Podczas części oficjalnej, choć miecze zostały odłożone, wszyscy siedzieli w swoich zbrojach, dla dodania powagi i animuszu. Sasuke zauważył, jak jakiś pomniejszy samuraj próbuje się przesiąść, żeby widzieć coś nad hełmem Mōriego.

- Keiji-dono i Kenshin-dono naprawdę o wszystko zadbali – entuzjazmował się po cichu Yukimura. – Motochika-dono został posadzony z drugiego końca, przynajmniej dziś się nie pokłócą!

Sasuke miał ochotę poklepać swojego pana po ramieniu z czułą irytacją. Oczywiście. Nawet jeśli teraz Motochika da radę zachować spokój, to kiedy tylko poleje się sake, pozory zostaną odrzucone jak zbroje. Ciekawe, czy do jutrzejszego poranka w którymś ze źródełek znajdą ugotowanego trupa. Patrząc na obecnych i nastroje między nimi, to jeśli plan Sasuke, by utopić władcę Date wciąż miał wejść w życie, trzeba było zaklepać sobie źródełko.

- Patrz, tam siedzą brat Keijiego-dono z żoną – mruczał mu dalej w ucho Yukimura. Trzeba będzie powiedzieć Oyakata-sama, żeby częściej zabierał Młodego Tygrysa ze sobą do ludzi. Teraz Yukimura niemalże podskakiwał, choć wciąż siedział w eleganckiej pozie, która nie przestawała wzruszać Sasuke. W końcu wiele godzin, łez, kuksańców i krzyków kosztowało jej wyrobienie, o tym Sasuke wiedział najlepiej.

Yukimura nie przestawał szeptać, jak gdyby Sasuke nie wiedział, jak nazywają się ci ludzie, skąd pochodzą i z kim sypiają. W pewnej chwili jednak Młody Tygrys zamilkł. Wystarczyło jedno spojrzenie na jego maślany wzrok i uśmiech, który zawstydzał słońce swoją promiennością, żeby wiedzieć, kto właśnie wszedł do pomieszczenia. Sasuke zmełł w ustach przekleństwo.

Date Masamune rzeczywiście robił wrażenie w swoim rogatym hełmie, zbroi w głęboko niebieskim kolorze i z Katakurą Kojūrō u boku. Nawet jeśli Sasuke uznawał zachwyty Yukimury za mocno przesadzone, trzeba było oddać Jednookiemu Smokowi, że potrafił się pokazać. Emanując pewnością siebie i niewymuszoną gracją, Date usiadł na wyznaczonym mu miejscu i omiótł salę przymrużonym okiem, zatrzymując się na chwilę na Młodym Tygrysie i posyłając mu krzywy uśmieszek. Yukimura przybrał barwę swojego stroju, wciąż szczerząc się dość bezmyślnie, więc Sasuke musiał dyskretnie przypomnieć mu o dobrych manierach. Za pomocą łokcia. Na całe szczęście Yukimura spuścił głowę, choć uśmiech wciąż błądził mu po wargach. Nie było już jednak czasu na zalotne spojrzenia, tym bardziej, że teraz do sali weszli Takeda Shingen i Uesugi Kenshin, ramię w ramię. Obrady mogły się zacząć.

Przez następną godzinę młody Sanada był rozdarty pomiędzy słuchaniem słów mądrości płynących z ust swojego mistrza, a zezowaniem na Jednookiego Smoka, który siedział z założonymi rękoma, komentował i parskał swoim cichym śmiechem, kiedy uważał, że wie coś lepiej. Czyli zdecydowanie za często. Och, normalnie Sasuke nie miał nic przeciwko Masamune-dono, dziś jednak szczerze go nie znosił. Mieli tu wszyscy tak przyjemnie spędzić czas! A tu przychodzi taka przerośnięta jaszczurka i wszystko psuje, a jaka jeszcze z siebie zadowolona. Czy naprawdę Yukimura nie mógł oddać swojego płonącego serca komuś innemu? Ot, taki Keiji, uosobienie uroku i przyjaznego sposobu bycia. Tyle że Keiji chyba nie interesował się mężczyznami, a znowu Yukimura nie spojrzał na niego nigdy z jakimkolwiek błyskiem w oku. A może Motochika? Temu było pewnie wszystko jedno, z kim się zadaje, a pod dość szorstkim stylem bycia kryło się, na ile Sasuke słyszał i mógł się przekonać szpiegując, serce z gatunku tych uczciwych i dobrych. Nie mówiąc już o jakimś poczciwym samuraju z ich własnej armii. Yukimura był przyjemny dla oczu, a wiele osób twierdziło, że ma urocze usposobienie. Sasuke nie był w tym temacie obiektywny, osobiście uważał, że każdy, na kim dłużej zatrzymało się spojrzenie Młodego Tygrysa mógł się uważać za szczęściarza. Z pewnością jego pan miałby w kim przebierać.

Ale nie, oczywiście, płomienie Yukimury musiały zapragnąć chłodnego księżyca, który najwidoczniej nie potrafił zająć się ogniem. I teraz wyleje Yukimurze na głowę wiadro zimnej wody. Choć to były gorące źródła. Sasuke zaczynał się gubić w metaforach.

*

- I co o tym wszystkim myślisz, Kojūrō? – zapytał Masamune-sama.

- Muszę w tym roku wcześniej wysiać szparagi – odparł nieobecnym tonem Kojūrō, nie mogąc oderwać wzroku od hełmu Mōriego.

- Mówię o obradach.

- Cóż, wytyczenie granic i stref wpływów brzmi jak pomysł, który ma szansę przetrwać do końca naszego pobytu w tym miejscu – powiedział spokojnie Kojūrō, mając nadzieję, że Masamune nie zacznie drążyć. Prawe Oko Smoka słuchało bowiem jednym uchem, reszta umysłu koncentrowała się na planach, które miał zamiar wprowadzić w życie wiosną na swoim polu. Masamune-sama nie zawsze umiał docenić subtelny urok ogrodnictwa. – Od początku wiedzieliśmy, że nie zostanie tu powiedziane nic, co będzie miało realny wpływ na kraj. Wszyscy mają dobre chęci, ale nikt nie chce odpuścić. A inni są zbyt przywiązani do walk.

- To po co w ogóle tu przyjechaliśmy? – mruknął Masamue-sama.

- A to nie był twój pomysł, panie? Po wypiciu zbyt wielu czarek sake? – spytał Kojūrō bezlitośnie i Jednooki Smok szybko schował się za kolejną czarką. Czarki i sake były porozstawiane na tackach, przy których siedzieli samuraje i chętnie dolewali sobie napoju. Sake, hm. Właściwie mógłby spróbować robić swoją sake… - Odpręż się Masamune-sama. Większości z tych ludzi nie zobaczysz już więcej poza polem bitwy. Albo wcale. Trochę was łączy, możesz po prostu dobrze się bawić.

- Ja zawsze świetnie się bawię – odparł ponuro Date Masamune.

Zazwyczaj Jednooki Smok pozostawał wierny swojemu powiedzonku w barbarzyńskim języku, coś o przyjęciach i tak dalej. Tym razem jednak zamiast rzucać zgryźliwe żarty i parskać swoim drwiącym śmiechem, obserwował coraz radośniejsze zgromadzenie spod zmarszczonych brwi. Kojūrō poszedł za wzrokiem Masamune. No tak. Yukimura asystował Tygrysowi z Kai w rozmowach z coraz to kolejnymi samurajami, którzy podchodzili do Shingena-dono porozmawiać, napić się sake i ogrzać w blasku jego sławy i chwały.

- Też możemy podejść – zauważył trzeźwo Kojūrō.

Masamune wypił kolejną czarkę sake.

- Jednooki Smok nie potrzebuje wymówek, żeby porozmawiać z tym, z kim chce, let’s go – wstał, nonszalancko biorąc hełm pod pachę. Hełm, o który stoczyli w pokoju dość długą walkę. Masamune upierał się, że koniecznie musi zabrać go ze sobą, na co Kojūrō odpowiadał, że tylko się ktoś pokłuje, a nikt na pewno hełmu brać nie będzie. Pomylił się srodze, ale przynajmniej Masamune-sama natychmiast poprawił się humor, jako że to on miał rację. Kojūrō miał nadzieję, że chociaż na taką okazję jego pan pozwoli się porządnie uczesać, ale to chyba nie nastąpi w tym wcieleniu, z czym Kojūrō póki co nie umiał się pogodzić.

Wziął jedną z czarek stojących na nieodległej tacy.

- A ty co, nie idziesz? – zapytał Masamune i w jego niebieskim oku błyskał źle skrywany przestrach. Jednooki Smok kpił sobie z kontaktów towarzyskich tak długo, jak jego Prawe Oko broniło w tym czasie jego pleców. – Chodź Kojūrō, tam jest dużo ludzi.

- Nie będę za ciebie rozmawiać z Yukimurą-dono, Masamune-sama – mruknął, wstając.

Masamune prychnął, jak gdyby wcale właśnie nie zmusił swojego przybocznego do ratowania go przed grzecznościową rozmową o niczym.

- Stój tylko obok i wyglądaj groźnie.

- Masamune-sama..

- Nie myślałeś chyba, że chcę mu teraz powiedzieć coś ważnego? – zapytał Masamune. – No tak, zero wiary w swojego generała. Jestem numerem jeden w Ōshu, także jeśli chodzi o small talk. Ha! Możesz stać obok i słuchać, jak świetnie mi idzie. Tylko nie myśl o swojej rzepie, masz budzić strach, żeby nikt nie podszedł.

- Masamune-sama – westchnął Kojūrō, który w głowie już układał nowy podział grządek. W końcu wiosna mogła nadejść w każdej chwili.

*

Jednooki Smok zbliżał się w ich stronę, a jak na złość nikt inny nie miał akurat żadnej sprawy do Oyakata-sama. Yukimura też zaczął się już z zainteresowaniem rozglądać na boki i Sasuke musiał szybko coś zrobić, zanim Date podejdzie i wywabi Yukimurę. W najlepszym razie na engawę, w najgorszym nie wiadomo gdzie, do lasu, w góry, a Yukimura pobiegnie zanim rączo jak ufna sarenka, po to tylko, żeby otrzymać w zamian złamane serce. Tak, Sasuke chyba powinien dać sobie na dziś spokój z sake i zacząć działać. Tym bardziej, że z przeciwległego końca pomieszczenia Kasuga zaczęła dawać mu nerwowo znaki, żeby się wreszcie ruszył.

- Chodź, danna! – wykrzyknął radośnie, ciągnąc Yukimurę za ramię z takim impetem, że ten prawie się przewrócił, zaskoczony. – Pamiętasz, chciałeś poznać Chōsokabe Motochikę! Na pewno masz do niego wiele pytań!

Byle teraz tylko Yukimurze nie przypomniała się dramatyczna walka w Itsukushimie, gdzie rzucił się pomagać Chōsokabe. Jak wszyscy, młody Sanada też wyniósł z tych walk rany poważniejsze, niż te na ciele. Być może gdyby teraz się załamał, Date mógłby mieć na tyle przyzwoitości, żeby go nie dobijać zrywaniem zażyłej znajomości, ale czy można wierzyć gadom? Sasuke powlókł za sobą nieopierającego się Yukimurę, który nie zdążył zauważyć, kto zmierzał w jego stronę. Inaczej wołami by go stamtąd nie odciągnął.

- Chōsokabe-dono! – wykrzyknął radośnie Sasuke, choć Motochika nie musiał wiedzieć, kim on jest, tak dokładnie. W końcu to Sasuke szpiegował jego, a nie odwrotnie. – Oto Młody Tygrys z Kai!

Motochika błysnął jednym okiem i wyszczerzył zęby.

- Jestem Sanada Genjirō Yukimura i jestem wdzięczny przeznaczeniu, że mogłem cię poznać – Yukimura skłonił się i podniósł na Demona z Wysp błyszczące ciekawością spojrzenie. – Motochika-dono, czy to prawda, że w Shikoku wszyscy samurajowie potrafią pływać? – zapytał z przejęciem.

- Ha, nie wszyscy, dlatego bardziej się starają nie wypaść za burtę! – Motochika wybuchnął śmiechem.

- Czy to prawda, że twój miecz to kotwica, którą wyłowiłeś sam ze starożytnego wraku? – Yukimura wchodził już w swój tryb zachwyconego wielbiciela. Kątem oka Sasuke złowił grymas na twarzy Jednookiego Smoka. „Dobrze ci tak, jaszczurko przebrzydła” – pomyślał z satysfakcją – „Mój pan może sobie znaleźć kogoś, kto go doceni, skoro tobie się znudził”. Sasuke już miał odejść z satysfakcją, kiedy dostrzegł uśmieszek na ustach Date Masamune, który z właściwą sobie gracją podszedł bliżej.

- Czy to nie górski pirat? – spytał, kładąc ręce na biodrach, zapewne z braku mieczy, na których zwykł opierać dłonie.

- Smok! – ucieszył się szczerze Motochika, ale było to niczym w porównaniu z płomieniem, który wybuchł tuż obok.

- Masamune – lekko zachrypnięty głos Sanady Yukimury nadawał się w tej chwili bardziej do sypialni, niż do sali pełnej samurajów.

- How are you doing, Yukimura? – wyszczerzył się do niego Masamune-dono i Sasuke był pewien, że dla tych dwóch wszyscy wokół przestali istnieć. A przynajmniej dla jego pana, bo przecież sam usłyszał, że Date Masamune nie był zainteresowany kontynuacją tej przygody. Choć patrząc na niego teraz, ciężko było w to uwierzyć. Niebieskie oko prześlizgiwało się po młodym Sanadzie wolno jak pieszczota, a krzywy uśmiech wyginał wargi Jednookiego Smoka mocniej i mocniej. – Słyszałem, czego dokonałeś. Heh. Long time no see.

- I ja o tobie, Masamune – Yukimura wpatrywał się w Date, nie, on go pochłaniał wzrokiem. – Nie myśl, że od ostatniego spotkania nic się nie zmieniło. Trenowałem i już mnie nie pokonasz. Sam zobaczysz.

Na słowa o zmianach przez twarz Masamune-dono coś przemknęło, ale Sasuke nie znał go na tyle, by móc ocenić, co to mogło znaczyć. Zerknął pytająco na Katakurę Kojūrō, ale zwykle surowe i skupione spojrzenie przybocznego Date było dziwnie miękkie i rozmarzone, a zamiast jak zazwyczaj być utkwione w jego panu, uciekało co i rusz do Mōriego-dono. Niebywałe. Czyżby między tą dwójką… Niemożliwe. Sasuke coś by wiedział. Ale nie, Kojūrō patrzył jakby powyżej twarzy daimyō Aki. Co też to mogło…

- Może zajedziemy do Kai w drodze powrotnej – powiedział niezobowiązująco Masamune-dono i Sasuke natychmiast wrócił do rzeczywistości, najeżając się.

- Sanada-no-danna ma wiele zajęć i prawdopodobnie nawet nie będzie go w Kai – powiedział szybko i wyniośle.

- Mam? – zdziwił się Yukimura, szeroko otwierając oczy. – Oyakata-sama powiedział…

- To sprawy Kai, nie możemy teraz o nich rozmawiać – uciął Sasuke.

- Och, na pewno uda się wszystko pogodzić – stwierdził Yukimura radośnie i niefrasobliwie. – Z radością powitamy cię w Kai, Masamune… I ty, Motochika-dono, oczywiście również jesteś mile widziany, z pewnością Oyakata-sama się ze mną zgodzi – dodał, zerkając z lekkim przestrachem przez ramię na swojego ukochanego władcę, zapewne próbując przypomnieć sobie, czy Takeda i  Chōsokabe aby na pewno zakończyli ostatnią wojnę po tej samej stronie barykady.

Jednooki Smok skrzywił się lekko na to rozciągnięte zaproszenie. Sasuke miał ochotę poklepać Yukimurę po ramieniu z uznaniem. Motochika natomiast wyglądał na rozbawionego.

- Hmm, to mi przypomina naszą rozmowę, Smoku – stwierdził, znów szeroko się uśmiechając. – Ktoś o ognistej duszy, co? Sanado Yukimuro, czy to twoja dusza płonie?

- Nie pozwolę, aby przestała – odparł z werwą Yukimura. – W takim miejscu, otoczony przez wszystkich tych wspaniałych generałów, od których mogę się uczyć, oczywiście pod przewodnictwem mojego pana, Takedy Shingena… Jak można nie płonąć?

- Zaiste – zgodził się Motochika, usta mu drgały. – Zgodzisz się, Smoku? Twoja dusza też płonie?

- Jak cholerna pochodnia – warknął Masamune-dono.

- Tak też myślałem. – Motochika trącił lekko łokciem Jednookiego Smoka. – Naprawdę interesujący z ciebie samuraj, Sanado Yukimuro.

- To dla mnie zaszczyt, Motochika-dono! – Yukimura już się kłaniał, jak zawsze zadowolony z pochwały.

- Musisz mnie kiedyś odwiedzić w Shikoku, zobaczysz, jak się pływa statkiem.

- A nauczysz mnie pływać, Motochika-dono? – zapytał Yukimura z błyszczącymi oczami. Od strony Date Masamune dobiegło coś, co dziwnie przypominało zgrzytanie zębów.

- No jasne!

Sasuke miał wrażenie, że czuje w pobliżu dziwne wyładowania energii, a powietrze zrobiło się… jakieś takie niebieskie.

- Smoku, Tygrysie, chodźcie, napijmy się sake! – Motochika był w świetnym humorze.

- Nie jestem jeszcze Tygrysem, Motochika-dono – sprostował poważnie Yukimura. – To tytuł mojego Oyakata-sama, jak na pewno wiesz. Jego sława obiega cały Kraj Wschodzącego Słońca.

- A i owszem! Czyli ty jesteś co, Tygrysiątko? Niech będzie – roześmiał się znowu Motochika, a Yukimura pokraśniał jak wisienka. – No to pijemy!

W takim tempie całe towarzystwo spije się, zanim dotrze do gorących źródeł. Sasuke rozejrzał się po sali, gdzie wszyscy pochłaniali sake i rozmawiali z ożywieniem. Pomyślał machinalnie, że jeśli chociaż część się potopi, na całym archipelagu zrobi się spokojniej. W końcu z jakiegoś powodu nie pozwalano pić alkoholu przed wejściem do onsenu. Nie żeby ktokolwiek z tu siedzących przejmował się tym zakazem. Yukimura jeszcze się krzywił po poprzedniej czarce, kiedy Motochika dolewał mu więcej sake.

- Wydaje mi się, że Oyakata-sama nas wzywał – skłamał Sasuke, znów odciągając Yukimurę na bok, bo jego młodszy pan przymglonym alkoholem wzrokiem zaczął rozpinać sprzączki na zbroi Date Masamune.

To będzie bardzo długa noc.

*

Kojūrō nakazał sobie surowo zaprzestania marzeń o szparagach, rzepach i porach, a nawet o warzeniu własnej sake. Frustracja Masamune-sama nie dawała się ugasić alkoholem, a zawsze skory do dobrej zabawy władca Ōshu za nic miał dobre rady i nie chciał po prostu pozwolić sobie na przyjemne spędzenie tego czasu.

- Jest naprawdę uroczy – roześmiał się Chōsokabe Motochika, patrząc za odchodzącym Yukimurą-dono. – I ten tyłek.

- Chcesz pooglądać pokład swojego statku od dołu, Demonie? – zapytał konwersacyjnie Masamune-sama.

- To się nazywa kadłub, Smoku – odparł z zadowoleniem Motochika. – Chcesz mnie utopić? Ostrzegam cię, sam pływam doskonale. Ciebie też mogę nauczyć. Przyjedź razem z tym twoim Tygrysiątkiem. Żeglowania nie da się porównać z niczym innym.

Masamune prychnął, ale uszło z niego trochę pary na słowa „twoje Tygrysiątko”. Kojūrō w myślach zmówił szybką modlitwę o siłę i spokój. Po tylu latach z Date Masamune przychodziła mu ona równie łatwo jak oddychanie. Szczęśliwie jego pan i władca Shikoku przeszli do rozmowy o wyższości koni nad statkami, a wzrok Masamune-sama uciekał do Yukimury-dono odrobinę rzadziej, im gorętsza stawała się dyskusja.

- Skoro tak, następnym razem nie podzielimy się z wami końmi – wyszczerzył zęby Masamune. – Pchajcie sobie swoje statki po górach.

- Poczekaj aż będziesz chciał przeprawić się na inną wyspę. – Motochika rozparł się wygodniej na podłodze. – Ciekawe, jak dobrze pływają wasze konie.

Kojūrō machinalnie wyciszył rozmowę w swojej głowie. Był strategiem z talentu i zamiłowania, a dodatkowo wszystkie jego instynkty ogniskowały się na pomocy swemu panu. Im szybciej Masamune-sama rozmówi się z Yukimurą-dono, tym mniej nerwów będzie to kosztowało Jednookiego Smoka i siłą rzeczy jego Prawe Oko. Kojūrō nie miał wątpliwości, jaki będzie efekt tej rozmowy, wystarczyło spojrzeć na młodego Sanadę przy dzisiejszym spotkaniu. On nie patrzył na Date Masamune, jak gdyby Jednooki Smok zawiesił na niebie księżyc. Dla Sanady Yukimury Masamune-sama był księżycem.

Coś jednak się nie zgadzało. I był to Sarutobi Sasuke, który zazwyczaj trzymał się cieni, ewentualnie uganiał się za shinobi Kenshina-dono, ale swojego pana obserwował z dystansu i nie asystował mu przy rozmowach. Teraz jednak był niemal uczepiony jego ramienia. Co i rusz rzucał niechętne spojrzenia, hm, tak, na Masamune-sama. Dziwne. Do tej pory shinobi wydawał się raczej przychylny temu związkowi, a nawet wyrażał pewien podziw w stosunku do generała armii Date. Kojūrō zmarszczył brwi. Coś się musiało zmienić, ale nie wydawało się, żeby były to uczucia Młodego Tygrysa. Czyżby Takeda Shingen miał coś przeciwko? Wydawał się zupełnie niezainteresowany, w co akurat wplątuje się jego podopieczny. Może uda mu się odciągnąć Sarutobiego na bok, dać swemu panu szansę na rozmowę z Yukimurą-dono w cztery oczy, a potem zanurzyć się w gorącym źródle i oddać marzeniom o szparagach.

Zmotywowany tą wizją Kojūrō ułożył szybki plan w głowie, pozbawiony wad, poza jedną – w tej właśnie chwili Maeda Keiji zakrzyknął, że mogliby przejść rozmawiać dalej do onsenu i odpowiedział mu na wpół podekscytowany, na wpół przerażony pomruk. No tak, władcy będą musieli zrzucić swoje zbroje i siedzieć w spokoju obok siebie w gorącej wodzie. Osobiście Kojūrō nie znał nikogo, kto nie lubiłby tego sposobu spędzania czasu, ale towarzystwo odgrywało tu niebagatelną rolę. Może dobrze im to zrobi. Może ktoś zginie.

Wszyscy ruszyli do wyjścia, co oczywiście zaowocowało przepychanką, ktoś nadepnął na czyjąś szatę, ktoś wykorzystał tłok, żeby wsadzić drugiemu łokieć między żebra. Nieliczne panie ruszyły w drugą stronę, choć wcześniej shinobi Kenshina-dono przywołała do siebie gestem Sarutobiego i coś mu tłumaczyła. Ciekawe.

Kojūrō spojrzał na wciąż siedzącego na podłodze Masamune-sama.

- Masamune-sama?

- Zaraz, Kojūrō, niech się sami tratują – stwierdził jego pan, wzruszając ramionami. – Tu jest dużo źródeł, prawda?

- Tak, zrobiłem rekonesans. Dwa duże i kilka małych.

- To chyba, no, hm, takie… udane miejsce, do poważnych rozmów? – Date „Nic mnie nie obchodzi” Masamune znów radził sobie ze słowami w sposób iście zatrważający.

- Tak, myślę, że jest romantyczne – odparł Kojūrō grobowym głosem.

Masamune żachnął się, ale nic nie powiedział, skupiając na nierównej walce z rumieńcem wypełzającym mu na twarz. Kojūrō czuł dumę, radość, poczucie straty i melancholię, ale na pierwszy plan wybijało się zrozpaczone „dlaczego akurat tu i teraz?!” Nic się na to jednak poradzić już nie dało, kiedy Jednooki Smok na coś się uparł, nawet Kojūrō rzadko kiedy mógł go od tego odwieść. Może tu należało wykorzystać właśnie te wyjątkowe zdolności perswazji, ale szczęście Masamune było na pierwszym miejscu. A to oznaczało, że im szybciej dojdzie do rozmowy, tym lepiej.

- To ja już pójdę, Masamune-sama – powiedział i szybko dodał, widząc wzburzenie w niebieskim oku. – Żeby upewnić się, że Yukimura-dono nie wybierze sobie jakiegoś, hm, bardziej zajętego źródełka.

A ty tymczasem zbierz się w sobie, panie mój, nie dodał, ale Masamune pokiwał głową, jak gdyby to usłyszał. Szczęśliwie na niewypowiedziane słowa nie musiał się irytować.

Przestrzeń przeznaczona do obmycia ciała nie była już tak zatłoczona, kiedy Kojūrō tam dotarł, a samuraje w krótkich yukatach, wymyci i podekscytowani, wychodzili na zewnątrz, by się rozebrać i wejść do jednego z gorących źródeł. Szczęśliwie Yukimura-dono wciąż siedział na stołeczku, zaróżowiony od szorowania, w które zapewne włożył całą swoją duszę i słuchający z uwagą słów Keijiego, który prezentował imponujący węzeł na czubku głowy.

- Taka jest zasada, Yuki-kun – tłumaczył, jak zwykle tryskając zadowoleniem. – Nie można zamoczyć włosów w źródełku. Musisz je związać, patrz, o tak. Chyba byłeś w onsenie już wcześniej?

- Tak – Yukimura pokiwał z zapałem głową, po czym rozejrzał się na boki. – Ale zawsze był tam też Sasuke i on mi wiązał włosy.

- Wstążki już masz, dasz radę – roześmiał się Keiji, po czym dodał z serdecznym uśmiechem: – Będziemy na ciebie czekać, zajmę ci miejsce.

Niedoczekanie, pomyślał Kojūrō. Niestety, Yukimura-dono był już prawie gotowy do wyjścia, a Masamune-sama jeszcze się tu nawet nie pojawił. Musiał jakoś zatrzymać młodego samuraja… Choć być może Yukimura zatrzyma się sam, biorąc pod uwagę, że choć na co dzień dzierżył dwie włócznie i już zwano go Karmazynowym Demonem, teraz próbując użyć swojej czerwonej wstęgi do związania włosów, wydawał się mieć dwie lewe ręce.

Dłonie Kojūrō wydawały się łaskotać. Wszystkie jego niespełnione pragnienia… Wszystkie próby zmuszenia Masamune-sama… Ach, mógłby spróbować choć raz. Tylko jeden raz, nikt się nawet nie musi dowiedzieć.

Podszedł do młodego Sanady i wyciągnął rękę.

- Yukimura-dono, pozwolisz?

*

- Dlatego musisz ich teraz przypilnować – powtórzyła Kasuga. – Onsen to niebezpieczne miejsce. Yukimura-dono będzie liczył na romantyczne chwile, ale z drugiej strony będą wśród ludzi, więc cokolwiek się stanie, nie będzie mu wypadało zareagować. Więc Masamune-dono może to wykorzystać, by mu powiedzieć, że to koniec.

- Mój pan zachowałby się z godnością w każdej sytuacji, onsen czy nie – odparł Sasuke bez przekonania.

Kasuga wydęła wargi.

- Upewnij się, że trafi do najbardziej zatłoczonego źródełka. Ja ci nie pomogę, będę po drugiej stronie onsenu.

- Poradzę sobie wyśmienicie – stwierdził kwaśno Sasuke. Po chwili jednak figlarny uśmiech zatańczył na jego wargach. – Ale jakby bardzo mi nie szło, to mogę przyjść do ciebie po wsparcie?

Kasuga tylko prychnęła i odeszła, a Sasuke uświadomił sobie, że w czasie, który on przeznaczył na pogawędki z blond shinobi, jego pan mógł już zacząć namaczać swoją ognistą duszę w bardzo nieodpowiednim towarzystwie. Pobiegł więc do sali łaziebnej i w drzwiach zderzył się z nikim innym jak z Jednookim Smokiem.

- Uważaj…

- Jak idziesz…

Przepychankę przerwał im przeciągły, gardłowy jęk dochodzący zza drugiej strony drzwi. Stanęli jak wryci i popatrzyli na siebie niepewnie. Obaj znali ten głos doskonale.

- O tak, właśnie tak, Kojūrō-dono – głos Yukimury zdradzał całkowity zachwyt.

- Nie za mocno?

- Nie, doskonale. Jesteś w tym niezrównany, Kojūrō-dono.

- Gdyby tylko Masamune-sama mi pozwolił, gdyby zechciał…

- O tak, cóż to byłby za widok. Aj!

- Och, przepraszam, Yukimura-dono.

- Nie, nie, ja właściwie tak lubię, Kojūrō-dono…

Sarutobi Sasuke i Date Masamune wbiegli do pokoju, mało nie łamiąc sobie nóg. Ich oczom ukazał się niecodzienny widok. Oto Młody Tygrys z Kai siedział na stołeczku w krótkiej szacie, a za nim stał Katakura Kojūrō z grzebieniem i czesał długie włosy Yukimury w skomplikowany węzeł z tyłu głowy. Cała czwórka chwilę patrzyła na siebie bez słów.

- Ja… mogę wytłumaczyć – wyjąkał w końcu Katakura-dono.

- Kojūrō-dono obiecał, że mnie uczesze! – oznajmił radośnie Yukimura. – Już tak dawno nikt mnie nie czesał, zawsze mówisz, że jestem już za stary na takie rzeczy, Sasuke. Kojūrō-dono jest w tym niezrównany, a ja uwielbiam, kiedy ktoś…

- Bawi się twoimi włosami – dokończyli jednym głosem Sasuke i Masamune, po czym spojrzeli na siebie z mieszaniną zaskoczenia i irytacji. O tak, Yukimura uwielbiał, żeby głaskać go po głowie, przebiegać palcami między długimi kosmykami włosów, masować skórę pod czupryną. A także, najwidoczniej, traktować go mniej delikatnie, sądząc po tym, co aktualnie robił z nim Kojūrō-dono.

Masamune obszedł Yukimurę i przyjrzał się fryzurze. Sasuke poszedł w jego ślady. Było to misterne upięcie, godne mistrza, z wykorzystaniem jedynie czerwonej wstążki, którą Yukimura nosił zazwyczaj na głowie. Sasuke nie znał się na tych sprawach, ale nie miał wątpliwości, że patrzy na arcydzieło.

- Kojūrō-dono, co za talent – wymamrotał, nie mogąc się powstrzymać.

- Sam widzisz, Masamune-sama – Kojūrō doszedł już do siebie i spojrzał na swojego pana z mieszaniną nagany i prośby. – Gdybyś tylko zechciał zapuścić włosy…

- Kiedy tylko wrócimy do Ōshu, ścinasz mi je natychmiast – powiedział Date bezbarwnym głosem, ale jego wargi pobladły.

- Masamune-sama.

- Głowa boli mnie od samego patrzenia!

- Ależ to nadzwyczaj przyjemne – nie zgodził się Yukimura. – Kojūrō-dono ciągnie tylko tak mocno, jak trzeba i robi takie coś…

Masamune jakby sobie przypomniał o obecności Yukimury, jego komentarzach na temat własnych włosów i ciągnięcia za nie, a wreszcie o niezaprzeczalnym istnieniu umięśnionych nóg, ledwo skrywanych pod kusym odzieniem, które dodatkowo rozchylało się zachęcająco, ukazując lekko piegowate ramię. Pierwszy i być może ostatni raz Sasuke zobaczył oblanego rumieńcem Date Masamune z bardzo głupią miną.

- Już kończymy – powiedział tymczasem Kojūrō-dono. – Ty się umyj, Masamune-sama, a ja tu zawiążę do końca tasiemki.

Yukimura prawie podskakiwał na krzesełku z zadowolenia i ekscytacji, a kiedy Kojūrō-dono wrócił do pracy, twarz Młodego Tygrysa znów przybrała ten rozanielony wyraz. Raz po raz przygryzał wargę, a wtedy Masamune oblizywał swoją. Nawet Kojūrō wydawał się uradowany, choć na jego poważnej twarzy tańczył zaledwie cień uśmiechu. Chyba brakowało mu tego rodzaju uciech z własnym panem.

Sasuke miał ochotę wznieść ręce do niebios i zawyć.

Prawdą było, że shinobi zupełnie nie mógł rozgryźć Date Masamune i dlaczego, skoro patrzył na Młodego Tygrysa jak na płatek wiśni wirujący na lekkim wietrze, chciał przerwać więź, która ich łączyła? Bo chciał, prawda? Chyba Sasuke powinien zebrać więcej informacji, nie lubił być niedoinformowany… Dziś jednak należało zachować środki ostrożności i nie ryzykować niepotrzebnego chaosu.

Dlatego, kiedy już wyszli z łaźni do ogrodu, Sasuke szybko ocenił sytuację, mimo zimna, które na chwilę odebrało im wszystkim zdolność mówienia.

- Yukimura, chodź… – zaczął Jednooki Smok, trzęsąc się w krótkiej szatce, ku widocznemu niezadowoleniu Kojūrō.

- Patrz, danna! – zawołał natychmiast Sasuke, zdzierając ze swojego pana odzienie i biodrem posłał Yukimurę do największego ze wszystkich źródełek, zajętego przez część generałów Kraju Wschodzącego Słońca. – Znalazłem ci idealne miejsce!

*

Kojūrō był człowiekiem niemal w pełni zadowolonym. Jego pan znajdował się w cieple, a gorąca woda miała rzekomo przynosić wojownikom siłę i zdrowie. Podczas negocjacji zaplanował nowy rozkład grządek, a potem miał okazję uczesać długie włosy bardzo entuzjastycznego tychże włosów posiadacza. Gdyby tylko Masamune-sama dał się kiedyś przekonać…! Z drugiej strony Yukimura-dono powinien kręcić się w pobliżu już na dobre, zwłaszcza po dzisiejszych zaplanowanych wyznaniach, a więc i Kojūrō będzie miał z tego jakiś pożytek. Ród Date miał w swoich skarbach nieskończenie piękne klamry do włosów i jeśli Masamune-sama się zgodzi… Życie było takie obiecujące. Niestety, zadowolenie Kojūrō pozostawało niepełne, jako że Jednooki Smok siedział wprawdzie w cieple obok niego, ale równie dobrze mógłby zanurzyć się w wodzie po nos i bulgotać z nienawiścią.

Pozostali samurajowie siedzieli wraz z nimi w źródełku, które rzeczywiście było pokaźnych rozmiarów. By zająć mniejsze, trzeba było mieć refleks bądź siłę przebicia i dlatego Shingen-dono wraz z Kenshinem-dono siedzieli w źródle za murkiem ułożonym z kamieni tylko we dwóch, w przyjaznej ciszy.

Kojūrō czuł, jak gorąca woda rozprostowuje jego myśli i duszę, nie skupiając się przy tym na historii, którą z wielką swadą opowiadał właśnie Maeda Keiji. Po prawdzie chyba tylko Yukimura-dono go słuchał, z wrodzonej grzeczności i zainteresowania całym światem wokół siebie.

- I wreszcie udało mi się odnieść naszyjnik na miejsce, a duchy księżniczek odeszły w pokoju. Cały dwór był tak zachwycony, że przez pięć dni podejmowali mnie w pałacu! – zakończył swoją opowieść włóczęga i wszyscy moczący się w bajorku przewrócili oczami. Z wyjątkiem…

- Naprawdę, Keiji-dono? Duchy już nie wróciły? – Zapytał z przejęciem Yukimura. – Sasuke opowiadał mi kiedyś o duchu, który nawiedza zamek w Kai. Jest wygłodniały i zjada jedzenie z miseczki, jeśli ktoś spóźni się na obiad.

- Danna… - wymamrotał Sarutobi.

- Słyszałem o tym duchu! – Keiji pokiwał głową, jak zawsze uśmiechając się serdecznie. – Jak będziesz starszy, Yuki-kun, może zaczną tam też przychodzić duchy księżniczek.

- Przecież jestem dorosły – Yukimura otworzył szeroko oczy. – Ich tam chyba nigdy po prostu nie było, Keiji-dono.

- Możliwe – zgodził się Keiji. – Ale w Kai jest wiele pięknych panien, które z pewnością je zastąpią.

Yukimura zamrugał, a u boku Kojūrō Date Masamune prychnął i wymamrotał coś w swoim barbrzyńskim narzeczu.

- Mówiłeś coś, Smoku? – zawołał Motochika, nie potrafiąc zapanować nad rozbawieniem. – Siedzisz tak daleko, nie słyszymy cię.

Masamune osunął się jeszcze niżej do wody i tym razem naprawdę zabulgotał. Czy nie mogli po prostu kontemplować piękna lasu i gór wśród nabrzmiałych od śniegu chmur? Taki Mōri Motonari przynajmniej siedział cicho, choć pewnie dlatego, że wszyscy tu byli poniżej jego poziomu i mogli służyć mu jedynie za marionetki w jego wysublimowanych planach.

-  Och, wszyscy tu obecni na pewno nie mogą narzekać na brak zainteresowania pięknych dam – rozpromienił się Keiji, który wydawał się być tym tematem zainteresowany bardziej, niż wszyscy pozostali razem wzięci. – Ale Yuki-kun jest tu najmłodszy, więc jeszcze nie wie…

- Wcale, że nieprawda, nie jestem… – obruszył się Yukimura-dono, ale przerwał, a z jego ust wyrwało się coś pomiędzy piskiem a skowytem. – Czemu mnie uszczypnąłeś, Keiji-dono?!

- Tak tylko cię podszczypnąłem, żeby dowieść moich racji – roześmiał się Keiji. – Masz jeszcze takie mięciutkie uda, musisz poczekać na księżniczki.

Yukimura-dono prawie się zatchnął, a Masamune-sama zaczął wstawać.

- Nie mam mięciutkich! Mam same mięśnie – zawołał ze zgrozą Młody Tygrys.

- Może chcesz podszczypać moje uda, Maeda Keiji? – zaproponował Masamune z uśmiechem, który każdemu rozsądnemu człowiekowi kazałby uciekać na drugi koniec kraju, ale Keiji-dono tylko się rozpromienił.

- Skoro proponujesz, zawsze zastanawiałem się…

- Tygrysiątko ma miękkie uda? Mogę zobaczyć? - Chōsokabe Motochika bawił się zdecydowanie za dobrze.

- Dlaczego chcesz, żeby Keiji-dono cię szczypał, Masamune? – w głosie Yukimury słychać było zranione uczucia.

- Wcale nie chcę – Masamune-sama był bliski wycia. – To ty dajesz mu się szczypać!

- Nie daję!

- Oczywiście, nawet w gorących źródłach takie nic nieznaczące pionki nie potrafią się zachować – stwierdził Mōri Motonari idealnie słyszalnym szeptem.

- Ten „pionek” zniszczył twoją fortecę, Mōri-dono – uniósł się lojalnością Sarutobi.

- To nie była jego forteca, tylko moje Fugaku – włączył się do dyskusji Motochika.

- Dzięki moim umiejętnościom udało się przerobić ten zatopiony złom na Nichirin…

- Panowie, ależ nie ma się o co kłócić…

- Masamune nie ma nikogo… nikogo, z kim wolałbym… walczyć zamiast ciebie!

- To przez ciebie zatonęło Fugaku!

- Gdyby nie ten tu włóczęga, pokonałbym cię dawno!

- I byś tak już… walczył tylko ze mną? Z nikim innym?

- Nichirin było ideałem zrobionym z marnego śmiecia…

- Ideałem, który nie oparł się mojemu panu!

Nad głową Kojūrō przeleciał jakiś bliżej niezidentyfikowany samuraj, wyrzucony ze źródełka za pewne z powodu zbyt gorących emocji obecnych.

- Młodzi wciąż potrafią się dobrze bawić – dobiegł Kojūrō głos Takedy Shingena zza murku i jego głęboki śmiech.

- O tak – przyłączył się melodyjnie Kenshin-dono, a jego biały czepiec błyskał w ciemności nocy. – Pamiętasz nas w tym wieku?

Obaj starsi władcy westchnęli z zadowoleniem i milczeli dalej.

- Pokonałem cię wtedy, pokonam i dziś!

- Tylko spróbuj!

- Tylko z tobą, Masamune, z nikim innym, już nigdy…

- Chodź.

Masamune wyskoczył z wody i Kojūrō skrzywił się z dezaprobatą. No tak, będzie latał goły po zimnie i katar murowany. Jednooki Smok wyciągnął rękę, którą Młody Tygrys złapał z entuzjazmem i dał się wyciągnąć ze źródełka. Kojūrō popatrzył za nimi, jak dobiegli do małej sadzawki i zajmujący ją samuraje wyszli z niej karnie po jednym słowie Masamune-sama. Tym samym stając się mięsem armatnim w wojnie generałów.

Kojūrō dobiegły jeszcze słowa:

- Patrz na te gwiazdy, Masamune!

- Mam tu lepsze widoki.

Chyba ci dwaj doszli do porozumienia.

W źródełku siedzieli już tylko Kojūrō i Sarutobi Sasuke. Reszta walczyła na kamiennych posadzkach i ścieżkach między źródełkami. Co jakiś czas ktoś z pluskiem wpadał do wody.

- On… nie mówi mu, że to właśnie koniec? – zapytał shinobi w zamyśleniu. Kojūrō spojrzał na ich podopiecznych, na których nikt inny na szczęście nie zwracał teraz uwagi, bo Yukimura-dono miał zarzucone ramiona na szyję Masamune-sama i całował go tak, jakby jutra miało nie być.

- Wręcz odwrotnie – uśmiechnął się lekko Kojūrō. – Nieładnie jest podsłuchiwać – dodał, pojmując wreszcie, co się dziś wydarzyło i skąd wzięło się dziwne zachowanie ninja.

Sasuke skrzywił się nieznacznie.

- Na przyszłość raczej posłucham do końca.

- Albo możesz zapytać, Sarutobi.

- A powiesz mi coś, co nie byłoby po myśli twojego pana, Katakura-dono?

Kojūrō uśmiechnął się znowu.

- Nie.

Nad ich głowami przeleciał kolejny samuraj, upadając gdzieś z pluskiem za ich plecami.

- To za Fugaku!

Stary Tygrys śmiał się tubalnie, ludzie krzyczeli, słychać było plaskanie bosych stóp i kobiecy chichot zza przepierzenia. A w całym tym zgiełku do uszu Prawego Oka Smoka doleciało uszczęśliwione:

- Och, Masamune…

Tak, Kojūrō nie spodziewał się niczego innego.

*

Sasuke szedł korytarzem, próbując nie ziewać.

- Słyszałam, że jednak wszystko ci się pomyliło, Sasuke – zagadnęła go Kasuga, zjawiając się znikąd i wyginając usta w złośliwym uśmieszku. – Bardzo dobrze słyszałam.

- Miejmy nadzieję, że był w tym domu tej nocy ktoś, kto nie słyszał – mruknął niewyraźnie Sasuke. – Albo byli zbyt pijani i poobijani, by połączyć fakty.

- Słyszałam też, że Maeda Keiji już rozpowiada, że to u niego były w nocy duchy księżniczek.

- Ale to nie jest nawiedzony onsen…

- Tylko my o tym wiemy. – Uśmiechnęła się do niego i był to przyjazny, uroczy uśmiech. Serce Sasuke wykonało salto. – Więc nie podważałabym tej teorii na twoim miejscu.

- Nie zamierzam – wyszczerzył się w odpowiedzi i chętnie patrzyłby za nią, jak odchodzi, ale jak zwykle rozpłynęła się w powietrzu. Sasuke westchnął i przesunął drzwi do pokoju swojego pana.

Sanada-no-danna rzeczywiście w pokoju się znajdował, wciąż otulony snem. A także ramionami Date Masamune i przykryty yukatą Jednookiego Smoka.

Dobrze było znów móc bez poczucia winy podziwiać i szanować władcę Ōshu. I niech się lepiej dobrze sprawuje. „Czego ja bym dla ciebie nie zrobił, panie” – pomyślał patrząc na nos Sanady Yukimury, wtulony tuż pod obojczykiem Masamune-dono. Nie mógł usunąć spod nóg Młodego Tygrysa wszystkich przeszkód, nie mógł zapewnić, że uchroni go przed wszystkimi krzywdami i zranieniami, tak jak kiedyś nie nadążał z bandażowaniem zdartych kolan i potłuczonych łokci. Yukimura musiał dorastać po swojemu i na swoich zasadach, potykając się, upadając i podnosząc głowę wysoko. Sasuke miał tylko nadzieję, że teraz istniała dodatkowa para rąk, która złapie go, gdy będzie leciał na kolana. I pomoże mu powstać.

„Liczę na ciebie, Date Masamune”.

Cicho zamknął drzwi i poszedł powiedzieć Takedzie Shingenowi, że mogli wyruszać. Młody Tygrys dołączy do nich później.

Był bezpieczny.